Nagłówki RSS













Poczta

Obsługa poczty TOPR

Formularz dla ratowników do pobrania.

SYSTEM WEWNĘTRZNY
 

OSTATNIM ŚLADEM WYPRAWA PO MIECZYSŁAWA KARŁOWICZA Drukuj E-mail
Napisał Tomasz Witkowski   
sobota, 31 styczeń 2009

foto: archiwum TOPRMieczysław Karlowicz, muzyk-kom-
pozytor, lat 32, zginął pod Małym
Kościelcem, porwany śnieżną lawiną
dnia 8 lutego 1909 r.
Infandum renovare dolorem...

 

 

Znowu mam dążyć przez śnieżne bezdroża za
nieuchwytną postacią zgasłego taternika-druha, szukać
wzrokiem miejscami zawianych już śladów nart jego, na
skrzydłach kurniawy lecieć myślą tam, gdzieś, pod nie-
znane jeszcze turnie, gdzie go uwięziło jakieś nieszczęś-
cie... a potem chodzić jak obłędny po wielkiej mogile

i stawać, i słuchać, i nasłuchiwać, czy nie idą ze śnież-
nych głębin jakieś głosy życia... I czuć swoją niemoc
wobec władzy śmierci, rozumieć, że góry sam nie po-
dźwignę i nie wyprowadzę go z mogiły do życia.
Po raz drugi całą mękę tę przeżyć.
Był wtorek, dzień 9-ty lutego i zarazem dzień urzędo-
wych godzin w biurze Towarzystwa Tatrzańskiego. Właś-
nie w biurze byłem zajęty, gdy koło godziny 11 przed
południem weszła matka śp. Mieczysława, pani Irena
Karłowiczowa. Wielkie przygnębienie znać było w jej
całej postaci. W kilku słowach opowiedziała swe nie-
pokoje.
,,Naznaczyłam sobie — mówiła pani Karłowiczowa —
dwa terminy: jeden — godzinę 10 rano i ten już minął,
drugi porę obiadową. Jeśli na obiad nie wróci..." Nie-
szczęśliwej matce trudno było uwierzyć, że Mieczysław
może nie wrócić. Prosiła, żebym po obiedzie udał się ku
Czarnemu Stawowi.

Ze śp. Mieczysławem Karłowiczem niejednokrotnie
bywałem w Tatrach na wycieczkach i znałem jego nie-
zwykłą ścisłość i punktualność, która przybierała cechy
jakiejś machiny automatycznej, gdy chodziło o godziny
powrotu z górskiej wycieczki: ani noc, ani burza nie
mogły go wtedy powstrzymać. Czynił to dla matki, aby
jej oszczędzić chwil niepokoju i wyczekiwania.
I oto ten Karłowicz, wyszedłszy wczoraj do Czarnego
Stawu, dziś o świcie nie wrócił — dziś do godziny 11 nie
wrócił!
Nie wątpiłem, że zaszedł jakiś wypadek. Lawina, lawi-
na — dźwięczało mi w uchu; daj Boże, żeby jakaś mała
przygoda.
Uspokoiłem, jak mogłem, panią Karłowiczową, wszak-
że oświadczyłem, że zaraz wyruszę. Posłałem służącego
po Staszka Gąsienicę Byrcyna, do którego umiejętności
jazdy na nartach najwięcej miałem zaufania — żeby na-
tychmiast z workiem turystycznym, nartami i łopatą
(drugą łopatę miałem wziąć ze schroniska T.T. na Hali
Gąsienicowej) stawił się u mnie; sam zaś poszedłem do
domu przygotować się do drogi.
O godzinie 121/2 jechaliśmy już ze Staszkiem sankami
do Kuźnic. Po drodze wstąpiłem jeszcze do pani Karło-
wiczowej — głównie dlatego, ażeby sama widziała, że
pomoc dla jej syna już poszła.
Przewidywałem, że tragedia pod Małym Kościelcem się
rozegrała: w drodze do Kuźnic przypuszczenia swe wy-
powiedziałem Staszkowi. W Kuźnicach wstąpiłem do
leśniczówki i tam od leśniczego Marcina dowiedziałem
się, że w przededniu koło godziny 61/2  rano Karłowicz
koło leśniczówki przechodził, że tegoż dnia troje jeszcze
turystów na karplach podążyło na Boczań, ale niebawem
wrócili — Karłowicza z powrotem nie było.
Na nartach więc ruszyliśmy śladem. Coraz wyraźniej
znać było na śniegu pomiędzy odciskami karpli ślady
nart. Na Boczaniu śnieg w jednym miejscu pokruszony
nartami: pierwsze zdjęcie fotograficzne. Na Skupniowym
Upłazie ślady karpli raptem urwały się, dalej biegły sa-
motnie dwie nitki, wyżłobione nartami.
Czemu tym trojgu zabrakło siły brnąć w młodym śnie-
gu! Tyle razy widziałem w bardzo nawet głębokim śniegu
ślady stóp wiodące do Hali Gąsienicowej, a nawet do
Czarnego Stawu. Czemu tych troje na samym wstę-
pie cofnęło się! Byliby jeszcze wczoraj wieść do Za-
kopanego przynieśli! Znać sądzono mu już było zgi-
nąć samotnie.
Był to właśnie czas, gdy po długim zachmurzeniu po
raz pierwszy wyjrzały góry na słońce — przepyszne,
białe, w śnieżnych gronostajach królewskiej swej szaty,
uginały się, rzekłbyś, pod ciężarem śniegu. Lute mrozy
zazdrośnie strzegły całości tej szaty. Na każdym zboczu,
pod każdą granią wisiały niespadłe jeszcze lawiny. Rozu-
miał to Karłowicz i już na Skupniowym Upłazie szukał
drogi bezpiecznej. Niedaleko od miejsca, gdzie Upłaz
opiera się o Kopę Królową, ślady na grań wybiegają
i ciągną się wąziutką granią do samej Kopy. Na Hali Kró-
lowej ślady na wpół śniegiem zasypane, ledwo dostrze-
galne w las młody skręcają... zrozumiałem dlaczego, wi-
dać liczył się z możliwością lawiny na zboczu pod Zako-
sem, tam, gdzie letnia ścieżka idzie. Ogromnym półko-
lem objechał Karłowicz to zbocze. Śnieg tu niesłychanie
głęboki i istotnie, gdyby nie kosówki i smreczki, każdej
chwili mógł ruszyć lawiną.
Dnia tego w górach śnieg prószył, lekka kurniawa za-
słaniała wszystko welonem. Pokazały się już szałasy,
Wzrokiem sięgam jak mogę najdalej. Tam, daleko, pod
turniami Małego Kościelca ta rysa ciemna na śniegu? Na
dole, na dole śnieg pokruszony... Tam, tam! Przeczucie
złe dźgnęło mię w serce. Tam spadła lawina — nie wątpię.
Ale czyż to jedną lawinę widzi się na wycieczce?
Zjeżdżamy ze Staszkiem co prędzej ku szałasom Gą-
sienicowym. Śnieg młody tamuje bieg nart naszych;
wchodzimy do schroniska — płaszcz Karłowicza wisi na
ścianie, na stole rozłożona kuchenka polowa. Był tu
i krótko popasał.
Za śladami nart dalej dążymy w górę ku Kościelcowi,
wziąwszy ze sobą drugą łopatę. Droga i tu z wielką roz-
wagą wybrana: kierując się w górę ominąć chciał wi-
docznie strome zbocze w pobliżu rozłożystego drzewa
z tabliczką T.T. na letniej ścieżce, na którym to zboczu
jednej zimy strąciłem nartami lawinę ze 20 m szeroką.
Na grani odsłania się widok straszny: ślady nart, idące
po zboczu, gubią się w bruzdach i pokruszonych bryłach
śniegu już spadłej ogromnej lawiny...
Z drugiego końca już nie wychodzą! Naga i bezduszna
prawda: to jego mogiła!
Każę Staszkowi pozostać na miejscu, bo śnieg wszę-
dzie niepewny, i ze stromego zbocza zjeżdżam na lawinę.
Śnieg twardy, zbity i świeżo dzisiejszym śniegiem przy-
sypany, kopiec olbrzymi, szeroki — grób śnieżny!
Co robić? gdzie szukać? Wieczór się zbliża.
Zaczęliśmy kijami sondować lawinę, czy nie natrafimy
na ciało, na przedmiot jaki — nartę lub kij narciarski;
schodziliśmy całą lawinę, w różnych miejscach szukali.
Na próżno.
Już 30 godzin minęło od chwili katastrofy. Znając śp.
Karłowicza i jego na wycieczkach zwyczaje, wyliczyłem,
że przez to miejsce przechodził koło godziny 11 przed
południem; nadzieja słaba uratowania jeszcze się, jeszcze
kołacze, może tak słaba, jak to serce konające być może
w tej chwili w lawinie.
Zmrok już kirem góry osłaniał, gdyśmy wrócili do
schroniska Towarzystwa Tatrzańskiego na Hali Gąsieni-
cowej. Posłałem Staszka do Zakopanego z kartką tej
treści:
„Karłowicz zginął zasypany lawiną pod północną tur-
nią Małego Kościelca. W lawinie szukaliśmy go na próż-
no. Czekam na Hali Gąsienicowej na ludzi z łopatami".
Staszkowi poleciłem 12 ludzi sprowadzić. Sam pozosta-
łem w schronisku na noc bezsenną i długą. Nie mogłem
wszakże w nim długo usiedzieć; nałożyłem narty, zapa-
liłem latarkę i na mogiłę wróciłem.
Księżyc już, już miał się wynurzyć zza szczytu Żółtej
Turni, posępne Granaty stały w aureoli świetlnej kurnia-
wy, którą wiatr na ich czołach podnosił, gdy przybyłem
na miejsce.
Słucham... może dźwięk jaki skąd doleci, może ktoś
z głębi pocznie kołatać?
Na śniegu się kładłem, przykładałem ucho do śniegu,
nasłuchiwałem, chodziłem po tej nieszczęsnej mogile,
szukałem w niej kijem od nart; gdy czułem dotknięciem
coś w śniegu obcego, kopałem przyniesioną łopatą...
Nic! głucho i pusto.
Straszliwe jak śmierć sama milczenie!
Jedna z najcudowniejszych, jakie widziałem, i najsmut-
niejszych zarazem mroźnych nocy tatrzańskich iskrzyła
się jeszcze ostatnimi brylantami gwiazd na niebie i ziemi,
wokół góry w oślepiającym blasku księżyca stały olbrzy-
mie i nieczułe na owe tragedie, które tam, na dole się
dzieją, gdy znużony i zziębły do schroniska wróciłem.
Rankiem przyszli ludzie, w ich liczbie starzy przewod-
nicy: Klimek Bachleda i Jakub Wawrytko 1) i zaczęliśmy


1) Prócz wymienionych dwóch: Jędrzej Marusarz, Jan Gąsienica Byrcyn, Jakub
Bachleda, Stanisław Brzega, Józef Wawrytko, Staszek Gąsienica Byrcyn i potem,
na trzeci dzień, Jan Pęksa. Ptzyp. aulora.


szukać planowo. Poleciłem ludziom kopać studnie w lawi-
nie do samego gruntu, a tak blisko jedną od drugiej, aby
przestrzeń między studniami można było dokładnie zba-
dać narciarskimi kijami. W każdej studni jeden, albo
dwóch ludzi.
Kopaliśmy dzień cały. Dwudziestokilkustopniowy mróz
utrudniał robotę: ręce i nogi marzły; styliska łopat
po krótkiej pracy pokrywały się grubą warstwą lodu,
którą trzeba było ustawicznie obtłukiwać. Rękawice do
stylisk przylepiały się.
Pod wieczór przybyli jeszcze trzej narciarze, pp. A. Gó-
raś, S. Zdyb i J. Lesiecki, z nich dwaj ostatni z łopatami
i stanęli do roboty.
Dzień ten nie dał żadnego pomyślnego wyniku. Nie
wątpiliśmy, że w grobie śnieżnym musiało zamrzeć już
życie. Chodziło o odszukanie ciała.
O zmroku wróciliśmy do schroniska — ludzie musieli
odpocząć i ogrzać się. Wieczorem przybyli jeszcze na
nartach pp. Stan. Barabasz i L. Loria.
Nazajutrz w zwiększonym zastępie wzięliśmy się do
pracy; kopaliśmy teraz w mniejszym, północnym kopcu
lawiny. Śnieg tutaj, zarówno jak w kopcu głównym, tak
był stłoczony i zbity w gęstą masę, że drewniane łopaty
zupełnie go nie brały; tylko łopaty żelazne i rydle mogły
łupać bryły podobne do brył gliny. Wychodząc ze studni
robiliśmy w ścianie stopaje i po nich wyłazili na po-
wierzchnię.
O godzinie 11 minut 20 z jednej studni rozległ się głos
pracującego w niej przewodnika Jana Pęksy; „Jest pan!"
Skoczyliśmy w kierunku tym wszyscy.
W gęstej masie śniegu widniała krawędź narty.
Zachrzęściały łopaty, warstwa śniegu w oczach ma-
lała — ukazały się kute gwoźdźmi turystyczne trzewiki
i cała postać, leżąca na nartach twarzą ku ziemi z rękoma
naprzód wyciągniętymi... Nad głową na kilka centyme-
trów odtajana próżnia. Ciało już sztywne.
Oczekiwaliśmy wszyscy tego smutnego rozwiązania
zagadki, a jednak prawda straszną była w swej bez-
względności.
foto: archiwum TOPRWyjęto ciało z grobu. Na plecach worek turystyczny,
czapki na głowie nie było, widocznie śnieg falą przepły-
wając ponad nim, czapkę mu zabrał. Tak samo i czekan,
który gdzieś został w lawinie.
Nos był trochę spłaszczony, .poza tym ani na ciele, ani
w odzieży żadnych uszkodzeń: śnieg widocznie zasklepił
go od razu miękko lecz szczelnie, jak w formę gipsową.
W tej formie śnieżnej, nie wykonawszy najmniejszego
ruchu, umarł. Nad ciałem było 11/4 m śniegu.
Z własnych nart nieboszczyka zrobiono prowizoryczne
sanki, uwiązawszy do nich poprzecznie dwa kawałki drze-
wa, w płachtę owinięto ciało i złożono na nartach. Ciało
do nart przywiązano. Długą linę ujęli górale i ruszyliśmy
ku Hali Gąsienicowej.
Gdy ciało odnaleziono, natychmiast posłałem Staszka
z kartką do Kuźnic, zapowiadając przybycie ciała na go-
dzinę 4 po południu. Przed odejściem zrobiłem szkic od-
ręczny turni i zanotowałem dokładnie miejsce wypadku.
Nad wyraz smutny był pochód nasz ku Zakopanemu.
Właśnie, niemal w chwili, gdy zwłoki znaleziono, po-
wstała sroga zadymka, która nie opuściła nas już do Kuź-
nic: długi sznur górali, brnących w śniegu głębokim —
białe cuhy ich jak skrzydła na wichrze trzepocą — za
nimi nisko w śniegu płynie postać w całunie.
Ku Karczmisku szreń była tak twarda, że musiano rą-
bać stopaje. Na Upłazie górale szli niżej, myśmy na nar-
tach jechali nad nimi, trzymając ciało na linach, by na
dół nie osunęło się.
Posępny korowód do Kuźnic przyjechał o godzinie
4 po południu, gdzie oczekiwali już: lekarz stacji klima-
tycznej dr Zychoń, komisarz stacji klimatycznej p. Jano-
wicz, dr Andruszewski, medyk Lisicki i wielu innych.
Wszystko, dzięki poleceniom i osobistej pomocy hr. Za-
moyskiego, było przygotowane do zastosowania zabie-
gów, mających na celu przywrócenie życia. Daremnie!
Duch nie powrócił do ciała, życie młode zagasło!
Lawina, która pogrzebała śp. Mieczysława Karłowicza
była lawiną warstwicową z młodego śniegu. Nie była ona
deską śniegową w ścisłym tego słowa znaczeniu, gdyż
brakło jej spoistości, charakteryzującej deskę; wszakże
ze względu na sposób jej oderwania się można ją odnieść
do tej kategorii. Wypadek zaszedł na wschodnim zboczu
Małego Kościelca, w miejscu zasłoniętym od wiatrów
zachodnich; śnieg tam podczas padania nie został w gęstą
masę przez wiatr stłoczony, lecz leżał dość miękką, do
40 cm głęboką warstwą, tylko w żlebie i wśród kosówek
było jego więcej. Jak zaznaczyłem wyżej, przez kilka dni
poprzednich śniegi w górach padały, po czym nastąpiły
mrozy. Śnieg w takim niemal stanie jak bezpośrednio po
spadnięciu pokrywał wszystkie zbocza i turnie, nie było
odwilży, nie mógł też on ani z warstwą starego śniegu
dokładnie się spoić, ani nawet we własnej swej masie.
Pod samymi wszakże turniami u wylotu żlebu spoistość
jego była już większa, na dole bardzo słaba.
Tam, gdzie kończą się dubrawiska Małego Kościelca,
jest ścianka skalna — turniczka, widzialna ze ścieżki —
potem żleb, a dalej znowu ścianki turni Małego Kościel-
ca. Jedna z nich wielka, o wyglądzie przewieszonej płyty.
Pod tą płytą był środek lawiny. Lawina wszakże wypadła
ze żlebu pomiędzy tą płytą a ścianką wysuniętą na pół-
noc i zaraz na grzędzie (ledwo dostrzegalnej) u wylotu
żlebu, rozbiła się na dwa strumienie: jeden — południo-
wy — utworzył kopiec główny lawiny, drugi — północ-

ny — kopiec mniejszy. W tym mniejszym, o długość
3 m od ostatniej krawędzi lawiny, znaleziono ciało.
Wypadek ten — przekonany jestem — miał przebieg
następujący: Karłowicz, idąc w górę dubrawiskami,
w pobliżu turni Małego Kościelca znalazł się za wysoko,
mniej więcej w połowie wysokości całego zbocza, licząc
od podnóża skał. Należało mu albo pomiędzy kosówkami
stromo zjechać na dół, albo podać się pod same turniczki.
Coś go jednak złudziło, zapewne skąpo rosnące kosówki
na wypukłości (rodzaju grzędy) gruntu pod samym żle-
bem. Kosówki te stary śnieg dobrze trzymają, ale dla
młodego ich wierzchnie gałązki nie są żadną oporą.
Kosówki go omamiły i ruszył poziomo, zamierzając
przetrawersować pole na wysokości, na której się znalazł.
Prawdopodobnie był na wprost żlebu, gdy nagle z błys-
kawiczną szybkością całe zbocze ruszyło. Musiało się to
dziać w ten sposób, że najpierw drgnęły pod nartami niż-
sze części warstwy młodego śniegu, a zaraz, bezpośred-
nio jęły bryłami się łupać części powyżej się znajdujące.
Wszystko to połowę drogi jechało w postaci desek, do-
piero potem w bryły się pokruszyło, częściowo nawet
przechodząc w lawinę pyłową.
Odruchowo musiał Karłowicz skierować się do ucieczki
(miał foki na nartach) i może nawet parę metrów samoist-
nie ujechał (dlatego sądziłem, że mógł minąć ową wy-
pukłość gruntu pod żlebem i zacząłem poszukiwania
w kopcu południowym); wszakże strumień śniegu zabrał
go z powrotem; potknął się dopiero na kopcu, który usy-
pały warstwy poniżej jego drogi się znajdujące, upadł,
a tuż za nim wtoczyły się fale brył (jeszcze dość mięk-
kich) i śniegu płynnego, które przeszły przez niego, za-
bierając mu czapkę i czekan. Zasklepiły go w jednym
momencie. Utrata przytomności i śmierć musiały nader
szybko nastąpić.
Czas od ruszenia lawiny do spadnięcia ostatniej jej
cząstki nie przewyższył zapewne 3 sekund. W czwartej
zapanował już spokój.
Tyle wyczytałem z ostatnich śladów nart nieodżałowa-
nego druha-taternika.
Niechaj w spokoju spoczywał
P.S. Ciekawy i zarazem rzadki fakt, symbolizujący nie-
jako nieśmiertelność ducha ludzkiego.
Na drugi dzień po wydobyciu ciała z lawiny udałem się
na miejsce wypadku w towarzystwie p. Króla, wykopa-
liśmy tam studnię w śniegu do samego gruntu i na ka-
mieniu zrobiliśmy znak farbą, mając na myśli wzniesie-
nie w przyszłości kamienia pamiątkowego dokładnie
w miejscu katastrofy. Ściąłem wówczas gałąź z poblis-
kiego krzewu i wetknąłem ją w śnieg na powierzchni,
ażeby można było miejsce to łatwiej odnaleźć. Gdy
w maju przybyłem znowu tam z robotnikami w celu
omówienia robót około kamienia pamiątkowego, znalaz-
łem tę samą gałąź leżącą na ziemi, a na niej — wyrosłe
z niej zielone świeże pędy...
Non omnis moriar — głosi na kamieniu napis.

Opowieść z tomu: Na Bezdrożach Tatrzańskich – Mariusz Zaruski

Ostatnia aktualizacja ( sobota, 31 styczeń 2009 )
Następny >

Wyszukiwarka

Losowy obraz z galerii TOPR

test_random_image_r2

Konto Bankowe TOPR:
ING Bank Śląski nr 58 1050 1722 1000 0023 0273 1175

 

Działalność TOPR jest współfinansowana przez
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji


Sponsorzy TOPR


statystyka statystyka